Z kiełbasianej szafy: Wielki Piątek

Z kiełbasianej szafy: Wielki Piątek Pamiętam przygotowania do Pierwszej Komunii, było to dekadę i jeszcze dekady - ze trzy czwarte temu, no ale jednak się odbyło. Co za księdza miałem, ahhh… Ale najlepiej wspominają go parafianki. Według wszystkich naszych mam szczyt przystojności, ale przede wszystkim powagi i dobroci. Ponoć. Fakt że łachmanami pierdykną w kont parę lat po znamiennej dla mnie chwili, rozmnażając się po dwakroć – trafiając gametami – w bliźniaczki, to nie o tym znów… nie o tym chciałem…



Księżulo ten zawitał kiedyś na taką wizytę do mnie do domu. Czy akurat był to Wielki Piątek, dobrze nie pamiętam, ale za pewne jakieś większe święto gdy mięsa jeść wtedy nie wypadało. A u mnie w domu? Jajeczniczka mojej mamy, wyborna, oczywiście na bazie kiełbasy. Bo u nas w domu tato wtedy mówił – ty możesz bo jesteś nieletni, ty bo wiekowa – do babci, ja bo pracuje. No a Księżulo? Mama zmieszana - To, to ja dla Księdza zrobię oddzielną bez mięsa. Zamaszysty znak krzyża i księżulo mówi. Ja mam dziś dyspensę…

Tak więc uwaga wszelkie zboczuchy parafialne. Już nie trzeba mówić, że się ma dyspensę. Polecam zakupy w naszym kochanym mięsnym. Nawet w Wielki Piątek parówki jeść można. Mięsa tam nie ma i nie było. I choć prawda to szczera, bo łby, nosy, chrząstki i nie wymienię dalej, do potocznego określenia ‘mięsa’ się nie imają, to paróweczki z ukraińskim keczupem rzecz pierwszorzędnie smaczna.
22.12.2008
dodał: sierpowy
Odsłon: 828

KOMENTARZE

Brak komentarzy
żółwie zamieniają się w zajączki