Kraina smrodkiem, butwą i zgnilizną płynąca, a właściwie kraina smrodkiem, butwą i zgnilizną pochłaniająca wszelkie dostępne przestrzenie. Nieubłagalnie dążąca ku powrotowi do korzeni, do tradycji, do cuchnącej przeszłości, do staroci, do retro, do oldschool. Miejsce skorumpowane, w którym tzw. praktyka „z rączki do rączki” jest nie tylko uznana za zgodną z prawem krainy, ale wręcz pożądana.
Ta krótka charakterystyka sprawia, że intuicja w ekspresowym wręcz tempie podpowiada nam, że jest to jakaś kraina marzeń dla polityków całego świata, taka Republika Zrzeszonych Działaczy Politycznych. Ale nie! Bo praktycznie każdy z nas ma dostęp do tej krainy, i choć nie znajdziecie jej na żadnej mapie, nawet z użyciem szkła powiększającego, to wszyscy jak jeden mąż możemy przenieść się w jej baśniową przestrzeń. W każdym bądź razie możemy zrobić to od poniedziałku do piątku, od godziny 10.oo do 18.oo, oraz w sobotę od 10.oo do 14.oo z zaznaczeniem dwóch istotnych informacji, a mianowicie, że 1) w soboty egzystencja w krainie jest promocyjna: -50%, 2) w poniedziałki jest dostawa świeżej rzeczywistości. Można powiedzieć, że obie te informacje są na wagę. Eee... na wagę złota! (bądź złotych).
CIUCHOLAND!!! Inaczej Secondhand. Marsz, marsz Ciucholand, ciuchy z ziemi obcej do polskiej... Na na nana nana... Lumpeksy od pewnego czasu stały się trendy, masy zakupowiczów odwiedzają czeluście tzw. szmateksów, a nawet dają się wciągnąć w ciucholandowe uzależnienie. Nałogowi temu ulegają nie tylko co biedniejsi czy też bardziej skąpi obywatele, ale też persony finansowo otyłe, a więc tzw. Grube Portfele. Pozbyliśmy już się stereotypowego przekonania, że w tych całych lumpeksach to można się tylko czymś zarazić i tak w ogóle tam śmierdzi i jaki to obciach wejść do lumpka! To już za nami. Teraz otworzyły nam się oczy na ubrania z duszą, z przeszłością, na retro, oldschool i tzw. stylistykę vintage- czyli umiejętne łączenie staroci z odzieżą z sieciowych sklepów. Słowo „vintage” zostało zaczerpnięte z terminologii winiarskiej i oznacza wino dobrego rocznika. Czyżby zasada: im starsze tym lepsze miała się przenieść w sferę mody? Chyba nie do końca... zwłaszcza, gdy spoglądam na szlafrok mojej babci... W każdym bądź razie jestem zdecydowaną zwolenniczką lumpeksów i to nie tylko ze względu na modowe niuanse!
Przedstawię jeszcze dwa znaczące powody, dla których warto robić zakupy w lumpkach:
Jakże błyskotliwi i godni pochwały są zwolennicy łachmody! Po pierwsze ze względów humanitarnych, świadomie czy też nie, klienci ciucholandów walczą o prawa człowieka, a właściwie o prawa pracownika w Chinach. W jaki sposób to robią? Po prostu nie kupują ubrań z metką: MADE IN CHINA (większość znaczących na rynku odzieżowym firm wyzyskuje tanie siły robocze z Chin).W lumpeksach bowiem znaleźć można jeszcze ostanie, bezcenne eksponaty, które nie posiadają wszechogarniającej cały świat, metki z napisem: MADE IN CHINA. Wszyscy dobrze wiemy, że Hu Jintao (obecny prezydent Chin) zdecydowanie jest MADE IN CHINA ;P, ale czy przypuszczalibyśmy, że niemal 90% produktów jakie posiadamy w naszych domach jest tego samego pochodzenia co prezydent Państwa Środka? (bezdyskusyjnym plusem zalania polskiego rynku towarami z Chin jest to, że polscy sinolodzy nie muszą już wyjeżdżać w daleką podróż, by dogłębnie poznać przedmiot swoich zainteresowań, ponieważ niemal wszystko co nas otacza jest produkowane właśnie w Chinach...!) A śmiertelnie poważnym minusem tak dużej ilości towarów z Chin, jest kwestia tego, jak traktowani w tym kraju są pracownicy. Do tej pory zdarzają się tam przypadki trzymania zatrudnionych pod kluczem, głodzenia i bicia. Kupowanie towarów produkowanych w Chinach jest pośrednią zgodą na takie obchodzenie się z pracownikami fabryk. A więc lubym lumpeksowiczom należy się podziękowanie w formie głaskania (ajka, ajka) za bojkot ciuchów mejd-in-czajna i dobrą postawę obywatelską !
Drugim, nie mniej ważnym powodem, dla którego wypadałoby buszować w poszukiwaniu odzieży raczej w lumpeksach niż w luksusowych, sieciowych sklepach jest RFID. Co kryje się za tą nazwą? Radio frequency identification – system kontroli przepływu towarów w oparciu o zdalny, poprzez fale radiowe, odczyt i zapis danych z wykorzystaniem specjalnych układów elektronicznych przytwierdzonych do nadzorowanych przedmiotów. Już sama definicja brzmi na tyle odrzucająco, że chyba każdy z nas (nie ważne na jakim jest poziomie wiedzy technologicznej), zorientował się, że na pewno chodzi o coś ZŁEGO. I słusznie. Chodzi o szpiegostwo- chipy RFID są używane np. w takich burżujskich sklepach jak Benetton, Prada czy Levis (jak na razie na rynku amerykańskim) w celach kontrolowania zapotrzebowań klienta. Tak tłumaczą się wymienione firmy i faktycznie wydaje się to dosyć niewinne, ale system ten już na zupełnie innych zasadach działa w sieci amerykańskich sklepów Wal-Mart. W metki towarów tych sklepów wszyte są chipy, które informują np. o tym kim jesteś, co i kiedy kupowałeś, ile czasu spędziłeś w sklepie. Słowem: inwigilacja, naruszenie prawa do prywatności - wielki brat patrzy. Patrzy sobie na Wal-Mart’a, ale na nasze swojskie lumpeksy raczej nie. I w tym tkwi sens! Kolejny punkt dla lumpeksiarzy!
Cóż, tylko pogratulować tej jakże inteligentnej grupie społecznej- szmaciarzy (jak to słówko brzmi teraz pieszczotliwie!). Szmaciarze całego świata zjednoczcie się w imię swojego własnego bezpieczeństwa oraz bojkotu łamania praw w Chinach. Hip hip hurra!!!
KOMENTARZE