Ostatnie dni przyniosły nam wiele wrażeń okołosportowych. Medale Kowalczyk, sukces Stocha, śmierć Skolimowskiej... Jak to jest tak naprawdę z naszym sportem? Czy choruje? A na co choruje?
Pamiętam jak jeden z kolegów z podstawówki chciał się zapisać do sekcji tenisa stołowego. Mieliśmy wtedy około 13 - 14 lat. Pojechałem z nim do klubu, znaleźliśmy trenera, a ten powiedział, że kolega jest już za stary, żeby zaczynać. Zabawne, bo my nigdy przedtem nie graliśmy w szkole w tą grę. Kumpel oczywiście grał bardzo dobrze, ale nie dostał szansy pokazania tego - trenerowi wystarczyła rozmowa. Jakim cudem zatem dziecko miało trafić do klubu? Czy to, że podpity pan Edek, szkolny wuefista, źle zmierzył nam skok w dal ma być wyznacznikiem na przyszłość? Mi się osobiście poszczęściło, gdyż wypatrzył mnie kiedyś trener (i zrazem organizator) turnieju dzikich drużyn, dzięki czemu mogłem chociaż spróbować swych sił pod okiem specjalistów. Ale ile dyscyplin ma takie imprezy? Zwłaszcza w obecnych czasach, gdzie medal olimpijski można dostać nawet za rzucanie czajnikami? Turniejów organizowanych po to, by wyławiać talenty jest jak na lekarstwo...
Kiedy Stoch zajmował czwarte miejsce, komentator powiedział, że nie jest to drugi Małysz, bo Małysz zdarza się raz na tysiąc lat. Ja nieskromnie pozwolę sobie twierdzić, że wręcz przeciwnie - tych Małyszów moglibyśmy mieć kilkudziesięciu. Nie tylko ze Szczecina czy Olsztyna, gdzie dzieci nawet nie śnią o skokach, ale również z Wrocławia czy Gliwic. Nawet jeśli ich stać (i mają z kim jeździć) by te kilkadziesiąt km do gór dojechać, to pojawia się potem problem ze sprzętem, trenerem i brakiem... skoczni. Bo my dysponujemy dwoma porządnymi obiektami do skakania, Niemcy zaś kilkudziesięcioma. To samo mówił Wenta o piłkarzach ręcznych - nasi zachodni sąsiedzi mają w tej dziedzinie kilkadziesiąt razy więcej członków zrzeszonych w klubach. Podobnie z zarejestrowanymi piłkarzami nożnymi. My naprawdę nie mamy gorszej młodzieży od Niemców, Anglików, Chińczyków czy Amerykanów!
Pewien mężczyzna wchodzi do sklepu i mówi:
- Dzień dobry! Nazywam się Jan Kowalski i poproszę pół litra najtańszej wódki.
- No dobrze, dam Panu tą wódkę, ale nie musi się Pan przedstawiać.
- Muszę! Bo ja nie jestem anonimowym alkoholikiem!
Nie-anonimowi alkoholicy z Polskiego Związku Lekkiej Atletyki czy też Leśne Dziadki z PZPN przepijają i przejadają nasze potencjalne szanse na następne medale. Druga już letnia olimpiada okazała się totalną klęską. Jednak degrengolada zaczyna się już na dole - w małych klubach i klubikach. Tam może rządzić alkohol, kasa, wyniki za wszelką cenę, znajomości albo panienki, ale rzadko rządzi dobro zawodnika. A o jego perspektywicznym rozwoju możemy zapomnieć.
Za śmierć Skolimowskiej trudno kogoś winić. Problem naszej służby zdrowia jest głębszy niż kilkumiesięczne kłopoty Kamili, które w końcu doprowadziły do najgorszego. Bo jak to jest, że nawet ludzie, których zdrowie musi być na pierwszym miejscu (ze względów zawodowych) nie chcą się leczyć na „drobne” dolegliwości? Czy to na pewno oni chorują czy choruje służba zdrowia? Sam niejednokrotnie byłem poddawany badaniom dla sportowców (tym podstawowym rzecz jasna, nie „dla olimpijczyków") i wiem jaką są parodią. I jaką mordęgą - czekanie w kolejkach, użeranie się z lekarzami, chodzenie z próbkami do kilku przychodni... Już w juniorach młodszych zdarzało się tak, że większość drużyny miała podrobiony podpis w karcie zdrowia, bo nie mieli cierpliwości do tych badań. Jak więc mamy mieć dobrych sportowców, skoro ci ludzie mogą mieć nawet poważne choroby wrodzone?
I na koniec mała dygresja odnośnie naszej rodzimej piłki. Analiza dokonań polskich piłkarzy jest zatrważająca – zmarnowaliśmy pokolenie olimpijczyków z Barcelony, marnujemy teraz świetnych piłkarzy, którzy pod wodzą Globisza trzęśli całą młodzieżową Europą. Mamy dwa wybitne talenty – Jakuba Błaszczykowskiego, któremu pomógł wypromować się wujek (Jerzy Brzęczek) oraz Roberta Lewandowskiego, któremu mama musiała załatwić grę w drugoligowym Zniczu Pruszków, bo odrzucił go drugi zespół Legii. Gdzie byliby więc ci faceci, gdyby ich bliscy nie mieli znajomości? Czemu ich nikt nie potrafił dostrzec?
Agonia kariery sportowej Małysza jest smutna, jednak każdy z nas zdawał sobie sprawę, że do tego dojdzie. Będziemy mu kibicować - choćby i za zasługi - aż do końca, który prawdopodobnie nastąpi za rok, po olimpiadzie. Czemu tak kochamy Adama? Między innymi dlatego, że realizował on nasze marzenia. Marzenia, których nigdy nie dane było nam spełnić...
KOMENTARZE