Coraz więcej polskich, ekhem, „celebrytów” leci za Ocean, żeby rozpocząć światową karierę. Udaje się niewielu, reszta wraca do kraju z podkulonym ogonkiem. Ci, co zostają, szybko zapominają jak się mówi po polsku.
Przykładem jest polska modelka Joanna Krupa. Wyjechała do Stanów, gdy miała dziewiętnaście lat, więc na ścisłość jakoś specjalnie długo tam nie siedzi. Szkoda więc niebywała, że po polsku gadać już nie umie. Ludzie płaczą ze śmiechu przed telewizorami, gdy słynna Dżoana prowadzi program o modelkach. Faktycznie - można wypluć zęby, parskając jak dziki mustang, gdy się jej słucha. Nie dość, że słownik ma tak zubożały, że bez problemu mogłaby żebrać pod mostem (zamiast pieniędzy należałoby wrzucać karteczkę z jakimś mądrym słówkiem), to jeszcze kaleczy całą resztę, okraszając ją amerykańskim akcentem i tamtejszym słownictwem. Żenada na maksa!
Świadczy to jedynie o tym, że Polak zawsze musi się dostosować, ale jak jakiś żabojad przyjedzie do Polski, to się robi wielce obrażony, że każdy obywatel naszego kraju nie mówi płynną francuszczyzną. Czy dzieje się tak tylko u nas, czy w innych krajach również? Współczujemy, jeśli znajdą się podobne. Oglądając Dżoanę w telewizji, wstyd pomyśleć, że jest Polką i nie potrafi posługiwać się swoim ojczystym językiem. Pozostaje nam mieć nadzieję, że inni nie pójdą w jej ślady i zachowają w sobie tę umiejętność.
Polskość, jakby nie patrzeć! Bo zdobywanie sławy nie musi się wiązać z lizaniem amerykańskich tyłków, byleby nas rozumieli. Można przecież zachować co nieco z kraju, który nas wychował. Nie jest to ani specjalnie trudne, ani tym bardziej niewykonalne. Do dzieła, rodacy! Dość już mamy tekstów w stylu: „Czesz ziefczyny! Szo szłycha?” - nasłuchaliśmy się ich już pod monopolowym.
KOMENTARZE