Kiedyś to były czasy. Człowiek wsiadał spokojnie i szczęśliwie do pociągu i niczym się nie martwił. W nosie miał zasrane kible, wieczne spóźnienia i pijanych konduktorów.
Nie kupowało się wtedy biletów. Dla zasady. Bo niby czemu PKP ma na mnie zarabiać?
Tak więc kwitł proceder łapówkarski. Bo że konduktorzy brali łapówki od zawsze, to rzecz najjaśniejsza pod słońcem. Brali, biorą i brać będą. Ale, są biedni, no bo przecież prezesi muszą mieć wypasione fury i górskie wille. I tak oto w sposób całkowicie naturalny zaczął kwitnąć handelek wolnością bytu w pociągu, bez biletu. Nie znane są przypadki konduktora, który by nie wziął. Ba, nawet kiedyś wziął rewizor. I pewnie nie pierwszy raz. Wszyscy byli szczęśliwi. My, bo mieliśmy tanie jechanie, oni bo zaczęli pachnieć ekskluzywnymi perfumami. Miodzio. Dopóki się przewoźnik nie zorientował, że coś te linie są nierentowne i pozbawił nas wszystkich naszego szczęścia.
Ale póki to się stało, pamiętam pytanie zadane kiedyś pracownikowi kolei: „ proszę pana, a dlaczego jedni konduktorzy mają czapki okrągłe, a inni takie kanciaste”? A on mi odparł na to tak: „ Bo, jedni kołują, a drudzy kantują”.
KOMENTARZE