Spokojni aż do bólu mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni liżą rany. My przewidujemy konsekwencje gospodarcze tej tragedii.
Uderzenie tsunami miało miejsce w piątek. Inwestorzy mieli dwa dni na otrząśnięcie się i racjonalne podejście do biznesu. Tak więc poniedziałkowy poranek giełdowy nie był, wbrew temu co pokazują media, zbyt szokujący.
Japońska gospodarka jest trzecią co do wielkości na świecie. Wyprzedzają ją jedynie Chiny i Stany Zjednoczone. Aby zapobiec krachowi, japoński bank centralny wpompował w rynek finansowy 183 miliardy dolarów, co stanowi blisko dwukrotność rocznego budżetu Polski.
Firmy ubezpieczeniowe będą musiały wypłacić około 35 miliardów odszkodowań. W Polsce absolutnie taka sytuacja nie miałaby miejsca. U nas mało kto się ubezpiecza na taką skalę, bo po prostu nas na to nie stać. Nasz rząd też nie władowałby tylu pieniędzy w sektor finansowy, bo nie ma tylu funduszy.
Godne podziwu opanowanie Japończyków i reakcja rządu przyczyni się do wzrostu gospodarczego tego kraju. W poniedziałek na tokijskiej giełdzie akcje firm budowlanych wzrosły aż o 20 procent. Z prostej przyczyny. Tę branżę czeka tyle roboty, że nie będzie wiadomo w co mają ręce włożyć. Ludzie dostaną odszkodowania, do tego banki będą chętnie udzielać kredytów. Japonia będzie się odbudowywać. Taki stan rzeczy niesamowicie napędzi koniunkturę. Zarobią na tym wszyscy. Przewoźnicy, producenci ubrań roboczych, firmy telekomunikacyjne, itd. Można by było wymieniać w nieskończoność wszystkie gałęzie gospodarki powiązane z branżą budowlaną. Budowlańcy będą zarabiać krocie. Gdzieś będą musieli wydać swoje pieniądze, więc dadzą zarobić wszystkim.
Okazuje się, ze tsunami, zamiast osłabić japońską gospodarkę, wręcz ją wzmocni. W Polsce w ogóle nie odczujemy skutków tej tragedii. Nasuwa nam się jednak myśl, że gdyby to miało miejsce u nas, moglibyśmy się dobrowolnie poddać rozbiorowi, bo Polska przestałaby istnieć.
KOMENTARZE